Edukacja

W związku z rozciągającym się w nieskończoność wątku edukacji w temacie "Narzekamy", postanowiłam założyć temat, którego tu nie zaobserwowałam, a jest przecież istotny w życiu człowieka - edukacja. Uczymy się przez tyle lat, niekiedy mamy w głowach własne projekty reform, wielu z nas dalej się uczy, wielu już nie, ale z chęcią pewnie podzielą się wspomnieniami, doświadczeniami...

Matura już niemal za nami, stąd temat na czasie i oszczędzi wątek "Narzekamy", który obrasta w śmieci.

Pogadajmy sobie o nauczycielach, lekturach szkolnych, maturze... co bądź! :happy:

2 polubienia

To ja chciałbym porozmawiać o lekturach szkolnych. Uważacie, że lektury trzeba czytać i już, czy jesteście zdania, że nie są one potrzebne do życia i omijacie je szerokim łukiem? Ja sam nigdy nie byłem zwolennikiem czytania lektur, ponieważ, w mojej opinii, większość z nich jest po prostu nudna. W czasie swojej szkolnej kariery przeczytałem jedynie kilka z nich ( np. ''Mistrza i Małgorzatę'' – genialna książka, polecam) i nie żałuję tej decyzji. W takim razie pewnie spytacie: skoro nie czytałeś, to skąd wiesz, że są nudne? Czytałem streszczenia, a w szkole oglądaliśmy filmy na podstawie lektur i stąd wiem, że tematyka tych książek i problemy w nich omawiane mnie nie interesują. Więc dlaczego miałbym coś czytać, tylko dlatego, że jest to szkolna lektura? Czas w którym miałem czytać lektury, przeznaczałem na czytanie innych, interesujących mnie książek.

Teoretycznie, lektury szkolne mają dać nam pojęcie o ewolucji epok literackich poprzez przedstawienie najwybitniejszych i najbardziej typowych dzieł tamtych czasów. Mają poszerzyć naszą wiedzę o historii Polski i Europy oraz przedstawić nam sylwetki typowych osobistości tamtych czasów. Pokazać nam język, zwyczaje, przekonania, rozbudzić poczucie patriotyzmu itd. Myślę, że ogólna koncepcja nie jest zła, ale przymus czytania całości jest niezbyt trafny, a i ilość dzieł jest zbyt duża. Niektóre książki są dobre tylko dla koneserów i tylko prawdziwie dociekliwi miłośnicy tak naprawdę zrozumieją je i pokochają. Uczniowie muszą je czytać, choć często ich nie pojmują, nie lubią i w ten sposób zniechęcają się nie tylko do czytania, ale i do polskiej kultury, do patriotyzmu. I tak, co miało pobudzać w nas uczucia patriotyczne, tłamsi je, bo, jak wiadomo zakazany owoc smakuje najlepiej. Patriotów wśród młodych najwięcej było podczas wojen i zaborów, gdy chciano ich odebrać polskość, gdy jej zabraniano, a teraz się ją wciska na siłę, w nadmiarze, przemocą do umysłów młodych i odnosi to taki efekt, że ludzi mdli na myśl o słowie "patriota", które kojarzy mu się od razu z "wieszczami", "dziadami" i "winkelriedami", ze stresem przed sprawdzianami, z jedynkami, ze wściekłymi rodzicami... Nie jestem zwolenniczką zmuszania ludzi do czytania. Młodych powinno się do tego łagodnie zachęcać: krzewmy kulturę narodową, wprowadzając pomiędzy "Chłopów" pozycje i takie, które uczniom się spodobają. Wierzę, że w każdej epoce, a w każdym razie, w większości są dzieła ciekawe i intrygujące, którymi można zastąpić niektóre lektury. Niektóre pewnie muszą zostać (nauka to nie tylko przyjemność), ale inne można wyrzucić, lub zastąpić. Powinno się też dać uczniom możliwość wyboru: możesz to przeczytać, ale nie na siłę, możesz przeczytać streszczenie i opracowanie, a ja, nauczyciel, pomogę Ci je zrozumieć i zinterpretować. Czasem lektura książki wcale nie prowadzi do jej zrozumienia (przeczytałam np. całych "Szewców" i ni w ząb nie pojmuję).

Są lektury, które bardzo lubię np. "Mistrza i Małgorzatę", "Zbrodnię i karę", a ostatnio pokochałam "Lalkę". Niektóre moje koleżanki lubią "Ludzi Bezdomnych", "Dżumę" i "Proces" (nie był najgorszy), "Cudzoziemkę" (też dało się ugryźć), ale większość nie polubi, ba!, nie pojmie, np. "Ferdydurke", czy "Kordiana". Ponadto, w trzyletnim liceum tak szeroki wachlarz lektur jest niemal niemożliwy do pojęcia rozumem (po 2/3 lektury miesięcznie wykluczają możliwość czytania innych książek - i to ma krzewić miłość do literatury? Zmuszanie ludzi do czytania dramatów romantycznych dzień i noc, co wyklucza możliwość czytania dla przyjemności?). Ten program wymaga pewnych reform: krzewmy kulturę narodową, ale nie na siłę! Oczywiście, zawsze będą leserzy, którzy będą narzekać, olewać, wzruszać ramionami, ale w tym głowa Ministerstwa Edukacji, by takich było jak najmniej, dzięki odpowiedniemu, zachęcającemu tokowi nauczania.

Znowu się rozpisałam. Pardon. Chyba napisałam jakąś trawestację "Wielkiej Improwizacji" Konrada z III części "Dziadów". Ciekawe, czy ktoś to przeczyta? :happy:

1 polubienie

Taiteilija mnie tu wygoniła, więc oto jestem. I nie jestem zadowolona, z tego, co tu zobaczyłam, bo ze mnie jest** mól.**

“Lubię czytać książki, ale nie lektury”. Typowe. I zawiera błąd językowy. Każdy film i każde streszczenie pomija wiele aspektów książki, którą przetworzono. Zbyt wiele. Zawsze możesz odkryć coś, co cię zainspiruje, poszerzy twoje horyzonty, zwróci uwagę na coś nowego. Warto przeczytać choćby po to. Żadna szkolna lektura nie została nią przez przpadek. Większość z nich ma wielką wartość językową, niektóre to wręcz zabytki mowy polskiej i obcej. Moim zdaniem, warto je znać, a duża grupa ludzi nie poznałaby ich, gdyby nie były omawiane w szkołach. To się odnosi głównie do literatury polskiej.

Nie wiem, jak ty, ale ja nie lubię rozmawiać o czymś wyrwanym z kontekstu. Moim zdaniem przymus czytania całości jest trafny, gdyż człowiek ma wtedy pełny ogląd na sytuację bohaterów i omawiane zagadnienia. Jeśli ma się ubytki w wiedzy, łatwiej o pomyłkę.

Są książki, które trzeba czytać wielokrotnie, aby zrozumieć, nieraz odwołując się do słowników, encyklopedii i innych pomocy naukowych. Wiem po sobie.

Zgadzam się, trzy lata to zbyt krótki czas na omówienie tylu lektur, zwłaszcza że większość ludzi czyta dość wolno.

Nie sądzę jednak, że zmuszanie ludzi do czytania znacząco wpływa na niską liczebność moli książkowych. Ludzie nie czytają książek głównie przez przkonanie, że czytanie jest nudne, bo czynność ta nie wymaga ruchu i przebywania w towarzystwie (wywnioskowałam z opinii znajomych na temat mojej bibliofilii).

Dopasowywanie kanonu lektur do gustu uczniów uważam za niewłaściwe, biorąc pod uwagę fakt, że książki cieszące się dużą popularnością najczęściej nie przekazują treści, o których pisała moja przedmówczyni. Większość chce czytać to, co jest napisane prostym językiem, ma szybką akcję i prostą, zrozumiałą treść, jak współczesna fantastyka, kryminał czy większość powieści obyczajowych, jeśli można ufać statystykom księgarń. Nie są one niczym więcej niż rozrywką przekazującą podstawowe wartości, takie jak przyjaźń, o ile to przekazują. Marnie rysowałaby się kanon lektur w szkołach podstawowych (same przygodowe?). Sądzę, że lepsza okazałaby się zmiana sposobu omawiania książek, na przykład poprzez wprowadzenie zajęć interaktywnych, pracę w grupach.

Nigdy nie lubiłam czytać lektur. Mogłabym policzyć na palcach dwóch rąk ilość tych przeczytanych przeze mnie. Od samego początku coś mnie zniechęcało. Po przeczytaniu "O psie, który jeździł koleją" przepłakałam cały wieczór i przeżywałam to dość długo. Po "Janku Muzykancie" też płakałam strasznie. "Chłopcy z Placu Broni" - kolejne łzy. I po takich lekturach odechciewało mi się czytania następnych. Pamiętam, że "Ten Obcy" bardzo mi się podobał. I "Ania z Zielonego Wzgórza".

W gimnazjum nie przeczytałam chyba żadnej lektury. Prócz jednej, nadobowiązkowej, której w końcu i tak nie omawialiśmy - "Faraon" Prusa.

"Mistrz i Małgorzata" nie znalazło się u mnie w lekturach obowiązkowych, podobnie jak "Mały Książę", a szkoda, bo to jedne z moich ulubionych książek!

W liceum przeczytałam "Ferdydurke", "Dżumę" oraz "Medaliony" (chyba? w każdym razie to był zbiór opowiadań).

I to chyba tyle.

Nigdy nie lubiłam lektur. Zawsze wystarczały mi streszczenia. W sumie to nawet streszczenia były nudne. Ale do zdania matury z dość dobrym wynikiem (rozszerzonej) streszczenia były wystarczające. W sumie to na literaturę zagraniczną się nie przygotowywałam nawet. Byłam pewna (i nie pomyliłam się), że COŚ z polskiej literatury na maturze będzie :P

3 polubienia

Czytając literaturę wojenną napotykamy może nawet i na ciekawe osobistości, czy wyraziste charaktery; jednak w głównej mierze większość tej literatury przypomina jeden wielki podręcznik do historii. Efekt? Przeczytana książka jest szybko zapominana. Zostawmy pobudzanie patriotyzmu nauczycielom od historii.

Nie sądzę jednak, że zmuszanie ludzi do czytania znacząco wpływa na niską liczebność moli książkowych.

Nie mogę się zgodzić z tym, że szkoła kreuje u nas własną postawę wobec literatury. Odpowiednio zachęcone młode dziecko, może pokochać książkę. Zachowania nabyte w dzieciństwie, są niezmienne.

Ludzie nie czytają książek głównie przez przkonanie, że czytanie jest nudne, bo czynność ta nie wymaga ruchu i przebywania w towarzystwie (wywnioskowałam z opinii znajomych na temat mojej bibliofilii)

Bzdura! Siedzenie przed komputerem też nie wymaga ruchu i przebywania w towarzystwie; a jednak dużo młodych ludzi tak spędza czas. Według mnie głównym problemem jest szkoła.

Ciężko jest znaleźć złoty środek. Tak jak pisałem w innym temacie, sądzę, że najlepszym rozwiązaniem jest książka dowolna. Lektury są potrzebne. Niech więc przeplatają się z tym, co dana osoba chce czytać.

Śmieszą mnie też testy dotyczące lektur. W większości przypadków, lepiej zda go osoba, która przeczytała streszczenie, rozumiejąc je całkowicie, niż ta, która pokusiła się o przeczytanie całej książki.

Nie mogę się zgodzić z tym, że szkoła kreuje u nas własną postawę wobec literatury. Odpowiednio zachęcone młode dziecko, może pokochać książkę. Zachowania nabyte w dzieciństwie, są niezmienne.

Takie zachowania są trwałe, ale zdecydowanie nie są niezmienne :smiley: Tzn. Uważasz, że dzieci powinny czytać takie książki, jakie im się podobają? I nie ma znaczenia to, że dzieciaki wybiorą płytkie powieści - nie przekazujące nic wartościowego?

Ludzie nie czytają książek głównie przez przkonanie, że czytanie jest nudne, bo czynność ta nie wymaga ruchu i przebywania w towarzystwie (wywnioskowałam z opinii znajomych na temat mojej bibliofilii)
Raczej nie. Są osoby, które “z natury” nie lubią czytać, ta czynność zwyczajnie ich nudzi.

Zgadzam się z Evi. Nie ma nic złego w czytaniu prostej literatury. Jeśli ta sprawia ci radość, to dlaczego masz na siłę brnąć przez coś poważnego :)

2 polubienia

Ja się przyznam, że nigdy żadnej lektury nie przeczytałem oprócz Krzyżaków, którzy mi sie bardzo podobały. Głównie czytałem streszczenia oglądałem filmy. Ale jak, by były w lekturach powieści J.R.R. Tolkiena, to bym czytał z rozkoszą, choć trylogia "Władcy Pierścieni" powinna być lekturą. :)

A dlaczego nie? Zawsze lepsze to, niż nie czytanie wcale. Poza tym większość książek dla dzieci coś przekazuje. Młodzieżowe już niekoniecznie, ale te typowo dziecięce - zazwyczaj mają jakiś przekaz.

Dlatego, że zadaniem szkoły jest między innymi nauczanie. Za moich czasów dzieciaki w podstawówce czytały proste i przyjemne rzeczy np. bajki zakończone morałem. Rozumiem, że rozmawiamy o klasach gimnazjalnych i wyższych, a to już młodzież :smiley: Gdyby nastolatkowie mieli czytać bezwartościowe powieści, to chyba byłoby lepiej całkowicie zrezygnować z obowiązkowych lektur i koncentrować się na podręcznikach (które mają coraz niższy poziom, często podają informacje niekompletne, lub nieprawdziwe).

Zgadzam się z Evi. Nie ma nic złego w czytaniu prostej literatury. Jeśli ta sprawia ci radość, to dlaczego masz na siłę brnąć przez coś poważnego :slight_smile:

Po to żeby się rozwijać? Poszerzać horyzonty, ulepszyć swój sposób myślenia.
Należę do osób, które czytają literaturę prostą i zawiłą - zależnie od nastroju. Ten pierwszy rodzaj traktuję jako rozrywkę, która jest przyjemna, ale niewiele wnosi do życia. Też nie widzę nic złego w czytaniu prostych powieści (nawet popieram taką formę spędzania czasu), tyle że nie powinny być przerabiane w szkołach, bo poziom nauczania i bez tego jest dość niski.
To trochę tak, jakbym powiedziała: ten dział z matematyki jest trudny i nieprzyjemny, więc z niego zrezygnujmy. Zastąpmy go innym, łatwym - takim zrozumiałym dla każdego :cool:

1 polubienie

Poziom nauczania w naszym kraju jest bardzo wysoki. Mylisz się. Przynajmniej założenia podstawy programowej. Podam przykłady (żeby nie były to tylko puste słowa jakiegoś forumowicza).

USA to pionier ekonomiczny na świecie. W ramach szkolenia nasza nauczycielka od angielskiego udała się do Ameryki. To co wyniosła z najbardziej prestiżowych tam uczelni szczerze ją zaszokowało. Przytoczę jeden przykład. Odpowiednik naszej 4 klasy podstawowej pewnego dnia miał egzamin z matematyki. Pomińmy fakt, że był to test z mnożenia i dzielenia pisemnego. Każdy dostał swoją kartkę. Potem każdy też otrzymał od nauczyciela kalkulator. Dla nas jest to coś niewyobrażalnego?! Dla nich normalność.

Podobnie jest w krajach europejskich. Mimo, tak dobrego nauczania mamy jeden z największych wskaźników bezrobocia. Jesteśmy biednym krajem. Dlaczego? Wszystkiemu winna jest polityka.

Innym przykładem mogą być emigrujące rodziny. Ich dzieci, są nie rzadko najlepsi w klasie, pomimo barier językowych. Sam mam taki przypadek w rodzinie.

Polscy informatycy, to najlepsi informatycy na całym świecie. Pracują w największych korporacjach. Stwierdzenie, że Polska ma niski poziom nauczania jest błędne.

Tak jak tutaj już pisałem. Nie chodzi mi o to, by w szkołach czytano tylko i wyłącznie, takie książki jakie lubi uczeń. Chodzi mi o to, żeby były, one pomieszane z taką literaturą, która poszerzy ich horyzonty.

Poza tym porównywanie humanistyki z naukami ścisłymi na wstępie razi w oczy i jest czymś niepoprawnym :)*


*To tylko moje zdanie. Nie chcę nikogo obrazić :slight_smile:

2 polubienia

A ja Cię nie, leniu. :stuck_out_tongue_winking_eye: Na pocieszenie dodam, że nie idę jutro do szkoły, skoro miałabym jedną lekcję. xD

Kiitos, Marcin. :slight_smile:

A teraz Florence. :slight_smile:

2 polubienia

Po to jest forum, by prowadzić luźne dyskusje ;)

Wracając do edukacji. Kraje zachodnie skupiają się bardziej na szkoleniu wybranych jednostek, polegającym na szlifowaniu danych talentów.

To co najbardziej nie podoba się większości w naszym szkolnictwie to przymus uczenia się czegoś bezużytecznego. Przykładem, może być konieczność przyswojenia wiedzy, dotyczącej skomplikowanych działań matematycznych. Nie wykorzystamy jej w życiu codziennym. Mimo to musimy, przez nią przebrnąć.

...tak; nienawidzę, nie rozumiem i nie zdam całek

1 polubienie

Takich rzeczy, których nie wykorzystamy w życiu (a przynajmniej większość z nas), uczymy się po to, żeby się rozwijać. A jaka radość jak w końcu się zrozumie!

Ale tak jest ze wszystkim, nie tylko z matematyką i cudownymi całkami, znienawidzonymi przez studentów. Bo po co polski z interpretacją wierszy? Do czego mi się to przyda? Po co rozumieć powstawanie fal dźwiękowych, świetlnych i innych zjawisk fizycznych? Czy jak tego nie będę wiedzieć to coś to zmieni? Słońce dalej będzie świecić. Po co chemia, geografia, informatyka czy historia? Wszystko to jest bez sensu, jak się na to spojrzy w ten sposób. Ale każdy potrzebuje styczności z różnymi zagadnieniami, więc jest dobrze tak, jak jest. A na studiach każdy wybiera własne zainteresowania i nie musi już się zajmować rzeczami, które go kompletnie nie interesują ;)

2 polubienia

A ja zapytam tak może z innej beczki, ale na temat:

Co sądzicie o umundurowaniu w szkole? Czy jeżeli mundurek jest wykonany solidnie, z dobrych materiałów, z dobranym wzorem, to należy wprowadzić jednolity ubiór w polskich jednostkach szkolnych, czy raczej jesteście zdecydowanie na nie? A może uważacie, że porządna reforma w Polsce wprowadzająca to nie miałaby znów szans przejścia, nawet jeżeli by ją dobrze przeprowadzono?

Mnie się pomysł z mundurkami bardzo podoba! Sama zawsze chciałam chodzić do szkoły w mundurku. Przynajmniej nie byłoby problemu z tym co wypada, a czego nie wypada do szkoły założyć :P

Mnie również podoba się taki pomysł, szczególnie jeżeli mundurek jest ładnie uszyty. Po tej reformie, szkoły próbowały ujednolicić ubiór, ale zamiast wspomnianych mundurków, uczniowie musieli nosić np. kamizelki z logo szkoły (aby nie obciążać rodziców wysokimi kosztami). Obawiam się, że właśnie ze względu na koszty, wprowadzenie mundurków do szkół publicznych, byłoby trudne :D

Ja bardzo lubiłem swój mundurek, jaki miałem w Gimnazjum. :)

Ja miałam mundurki w podstawówce. Były brzydkie i miały nieprzyjemny materiał. I jeszcze chłopcy jako tako w nich wyglądali, dziewczyny miały takie "sukienki", długaśne mundurki które tylko przeszkadzały i miały za dużo guzików.

Mundurki w szkołach są dobrym pomysłem tylko wtedy, jeżeli szkoła na nich nie oszczędza, inaczej to zwykła katastrofa.