Bohater dorasta. Przestaje być dzieckiem i zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, jak wiele przez to utracił: > Korony drzew, kominy, śnieżne historyjki na dobranoc, zimowa szarość…
Dzikie kwiaty, te Łąki Niebios*, wiatr w pszenicy…
Kolej biegnąca przez wody, zapach dziadkowej miłości,
Niebieskie zalewiska, grudnie, księżyc widziany poprzez skrzydła smoka…
Przestajemy wierzyć w Mikołaja (kominy), nikt nie opowiada nam bajek na dobranoc, dziadkowie odchodzą, na święta to my kupujemy prezenty, smoki przestają istnieć…
Gdzież podział się cud, gdzież podział się lęk?
Gdzie kochana Alicja pukająca do drzwi?
Gdzież jest klapa w podłodze, która przeniosła mnie tam -
Do miejsca, w którym rzeczywistość rozdziera Marcowy Zając?
Nie wierzymy już w cuda, nie boimy się tak, jak kiedyś… Nie mamy już wstępu do krain marzeń i baśni, nie biegamy za Marcowym Zającem…
Nie płaczemy, jak kiedyś…
Gdzie są te bezsenne noce, dla których niegdyś żyłem?
Nim porwały mnie lata…
Pragnę ujrzeć,
Co we mnie utracone!
Nie śnimy już o takich cudach, jak dawniej… Dlatego bohater chce cofnąć się do tych pięknych, utraconych chwil… I tutaj wracam do Taikatalvi. Chcę jeszcze raz przeżyć swoje życie. “Pragnę ujrzeć, co we mnie utracone” - wiem, że nic już nie zmienię, ale chcę sobie przypomnieć.
Ja się tak nie rozpiszę, ale wydaje mi się, że chodzi o to, że po prostu "nie warto było k...". Cała filozofia. No i generalnie do interpretacji jest potrzebna angielska wersja wraz z anglicyzmami.