Edukacja

Adrianie, muszę w tym momencie przyznać, że nowa podstawa programowa to pewien krok w kierunku zmiany systemu na bardziej życiowy. Nieduży, bo przecież nadal jest dość dużo nauki pod maturę, ale polska edukacja zaczyna mieć sens.

Weźmy chociażby HiS i przyrodę w II i III klasie liceum (przy czym HiS dotyczy nie rozszerzających historii, przyroda - przedmiotów przyrodniczych). Zwłaszcza przyroda brzmi dość idiotycznie, ale z założenia to taka powtórka z najważniejszych rzeczy - w przypadku HiSu przede wszystkim z historii, ale też z WOSu, a przyroda to takie combo geografia-biologia-fizyka-chemia. Z jednej strony, nie dowiadujemy się właściwie niczego nowego, ale mamy czas na to, co zdajemy na maturze, jednocześnie nie wkuwamy jakichś dziwnych, nieprzydatnych rzeczy, które i tak zapomnimy, a łączymy wątki, wiążemy wydarzenia historyczne ze współczesnością itd.

2 polubienia

http://ib.zso2bialystok.pl/informacje-o-programie-ib-dp

Co o tym myślicie? :)

Wygląda to na coś bardzo dobrego. Daje meega możliwości później ze studiami. Tylko z tego, co czytam, trzeba się porządnie zawziąć, żeby dać temu czemuś radę. Ale wszystko jest do zrobienia :D

Fajne toto. I jak zwykle jestem za stara. ;_;

Wszyscy albo chodziliście do szkoły, ale już zdaliście maturę i szukacie pracy, lub coś innego, ale w tym stylu. A ja za to mam Edukację Domową, w skrócie ED.

Polega ona na uczeniu się w domu i pod koniec roku jedzie się do szkoły, gdzie jest się zapisanym, i tam zdaje się krótki egzamin z całego roku.

Nie uczę się w domu, dlatego że jestem jakoś "chora", tyle że rodzice doszli kiedyś do wniosku, że lepiej jest uczyć się w domu i coś umieć, niż męczyć się w szkole i zapomnieć zaraz wszystko po maturze.

I teraz zapewne każdy wtrąci, że jak mam wolną rękę, to się nie uczę. A właśnie chodzi o to, że ja lubię naukę - moimi ulubionymi przedmiotami jest matma i historia! Owszem, ze wszystkim sobie nie radzę sama i jak mam problemy to udaję się do rodziców, ale w gruncie rzeczy to ja wszystko sama robię. Uczę się dwie godziny dziennie i kończę wszystko przed egzaminami na luzie. Więc - słuchając, jak się jest w szkole, to ja wolę być w domu.

Trochę mi szkoda, że nie mam żadnych koleżanek itp., ale mam nadzieję, że zaprzyjaźnię się z użytkownikami Nightwish.pl.

Ps.

Nie lubię lektur, bo nauczyciele zmuszają do ich czytania, ale na szczęście zanim ja je mam, to już są one dawniej przeczytane.

1 polubienie

Właśnie miałam o to pytać… Mnie się takie rozwiązanie nie podoba. Może faktycznie można się więcej nauczyć (pod warunkiem, że się chce i ma zapewnione warunki), ale z drugiej strony… Różnie bywało w szkole, czasami naprawdę ciężko było przeżyć niektóre sytuacje, ale nie zamieniłabym tego na nic. Jednak zebrałam tam cenne doświadczenia, uodporniłam się na stres, poznałam wielu wartościowych ludzi. Poznałam też wielu ludzi, których wolałabym nie poznać - nauczyłam się ich odróżniać, radzić sobie z nimi…

Absolutnie nie chcę krytykować ciebie i tego w jaki sposób zdobywasz wiedzę, ale ja bym tak nie chciała. I gdybym miała dzieci również posłałabym je do szkoły. A chcąc by więcej lub lepiej się uczyły - po prostu zadbałabym o to w domu zachęcając w jakiś sposób :wink:

Każdy może mieć własne zdanie, ale ja lubię naukę w domu ;)

Absolutnie tego nie neguję ;) Na pewno można to lubić i fajnie, że jesteś zadowolona z tego co masz. Wszystko ma swoje dobre i złe strony.

A mogę zapytać czy uczysz się w domu od samego początku (1 klasa podstawówki), czy może najpierw chodziłaś do szkoły, a później się to zmieniło?

Od samego początku mam ED.

Słyszeliście o tym? Jesteśmy glebą, babeczki moje ♥

http://wyborcza.pl/1,75478,17668441,On_siewca__ona_gleba__czyli_edukacja_seksualna_po.html#ixzz3Vaj5mY6s

Jak to dobrze, że my książek na WDŻ nie musieliśmy kupować... Chociaż, w sumie nie wiem, z czego ona nam te kserówki dawała. I tak się debilizmów sporo nasłuchaliśmy. Nasza kochana pani przekonywała nas na przykład, że chłopak zawsze powinien zaczynać znajomość, zapraszać na bal, generalnie inicjatywa powinna leżeć po jego stronie, bo... emm, bo tak? Uzasadnienia nie było. Mówiliśmy o tym, które cechy charakteru są właściwe kobietom, a które mężczyznom (tak jakby to, czy ktoś jest odważny/opiekuńczy/naiwny/subtelny, zależało od jego płci). Oglądaliśmy te cudowne tak zwane "filmy edukacyjne" (sic!) z serii "Człowiek, miłość, rodzina". Z jednego z nich dowiedziałam się, że przedmałżeński seks ma poważne konsekwencje w późniejszym życiu i uczy braku szacunku dla drugiego człowieka. Jej. ♥ No, było trochę takich rzeczy. Ale to wszystko już za mną, bo WDŻ miałam w pierwszym semestrze.

Ale poważnie, jak się pogrzebie w necie w poszukiwaniu informacji o tych podręcznikach, to aż się człowiekowi wierzyć nie chce, że coś takiego dopuszczono do użytku w szkołach. Czy twierdzenie, że ofiara moze prowokować gwałt (i przedstawianie tego jako fakt, uczenie tego ludzi -.-), nie podchodzi czasem pod namawianie do popełnienia przestępstwa?

Czarna dziura- czy ktoś się na ten temat uczy? Niestety tak. Z Fizyki muszę napisać referat na ten temat. Po prostu bomba!

W niefortunnym czasie poruszam ten wątek. Wybaczcie, ale muszę, po prostu muszę zrobić to teraz (chyba wszyscy znamy to uczucie, że mamy coś do powiedzenia/napisania, coś co nas wręcz rozpiera od środka i kiedy to przemilczamy, to wtedy ten temat nie wydaje się taki ważny. No, a ja chcę to teraz napisać, nie mam nic lepszego do roboty, a poza tym forum ostatnio jest chyba na wakacjach, to może je trochę rozruszam. A co.

Otóż, zleciała połowa wakacji. W moim przypadku. I może to śmieszne, może to za wcześnie, ale właśnie sobie uświadomiłam, że znajdę się w klasie maturalnej. Uou. Tyle się słuchało o tych maturach, tyle się czekało... Tymczasem nie będzie już nikogo przede mną, nie będzie żadnych majowych weekendów, bo teraz moja kolej.

No i kiedy to do mnie dotarło, zaczęłam obmyślać plan nauki (który i tak mi nie wyjdzie, bo nigdy nie trzymam się swoich własnych założeń, ale planować lubię). I spanikowałam, kiedy dokładniej przyjrzałam się moim podręcznikom (konkretnie tym z języka polskiego, który na pewno będę zdawać na poziomie rozszerzonym). Otóż, w książkach więcej miejsca zajmują ilustracje, grafiki, ozdobniki niż informacje. Pamiętam, że kiedy mieliśmy się przygotować do wprowadzenia do kolejnych epok, zawsze bazowałam na Internecie i wszystkim innym, co mi w ręce wpadło. Pchnięta strachem, że tak to sobie rady nie dam, postanowiłam rozejrzeć się za dodatkowymi materiałami, no bo kiedy, jak nie teraz. Nie mam i przez najbliższy czas nie będę miała dostępu do księgarni czy bibliotek, tak więc postanowiłam wleźć na strych. Moi starsi kuzyni kiedyś przywieźli mi swoje książki, miałam nadzieję je znaleźć. No i znalazłam. A nawet natrafiłam na coś więcej. Podręczniki moich rodziców. Stare, zakurzone, ale... nadzwyczaj przydatne. I tutaj zacznie się moja tyrada na temat obniżania się poziomu szkolnictwa. Już wcześniej było to tutaj poruszane, ja tylko rozwinę.

Podręcznik do języka polskiego teraz: nie grubsza niż półtora centymetra, rozmiar czcionki na pół strony, już nie mówiąc o kilku epokach upchniętych w jedną książkę. Moja tak właśnie wygląda.

Tymczasem moi rodzice mieli osobny podręcznik do każdej epoki. Sam pozytywizm zajmuje 382 strony. Informacje podstawowe zapisane normalnym drukiem i do tego miliardy informacji dodatkowych, nadprogramowych, wyróżnionych a to kursywą, a to mniejszymi literkami. Co najlepsze - nie są to jakieś nudne, profesorskie opracowania, napisane nie wiadomo jak wyszukanym językiem. Informacje są podane naprawdę przystępnie i całkiem ciekawie. I wiecie, co jeszcze różni stary podręcznik od nowego? Nie ogranicza się tylko do podstawowych lektur. Kilka stron zajmuje opis, co w danej epoce pisało się i czytało na świecie. Jest osobny rozdział poświęcony literaturze niemieckiej, angielskiej, rosyjskiej i... skandynawskiej. I chociaż nie omawia się ich tak szczegółowo, stanowi to jakąś ciekawostkę, dodatek, uzupełnienie wiedzy.

Teraz czas na matematykę, moje wielkie zaskoczenie. Jestem tym typem osoby, która musi mieć wszystko wytłumaczone jak - za przeproszeniem - krowa na granicy, bo inaczej nic nie zrozumie (a i tak robię jakieś głupie błędy w obliczeniach, ale to inna historia). Jeśli nie ma mnie na lekcji, to marne szanse, że sama ogarnę nowy materiał. Bo podręcznik wygląda tak: na górze strony ramka z definicją a pod spodem ćwiczenia. I sam człowieku domyśl się, co zrobić. Oczywiście wierzę, że są tutaj osoby, które nie mają z tym problemów, ale podkreślam: piszę o sobie. No i kiedy dorwałam się do wyświechtanej książki mojego taty, spłynęła na mnie nadzieja, że może nie mam aż tak zakutego łba i potrafię się czegoś nauczyć. Zbiory, funkcje, geometria są objaśnione tak dokładnie i obrazowo, że od razu zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Może jest szansa, że zdam matematykę z przyzwoitym wynikiem, a nie takim tylko "byle zdać" ♥

Już nie mówiąc o tym, że znalazłam oddzielny podręcznik do astronomii, który sobie trochę podczytuję. Wiem, że od tamtego czasu doszło wiele nowych odkryć i sporo się pozmieniało, jednak niektóre informacje pozostaną takie, jakimi są. I tak czytam tę "Astronomię" i, kurde blaszka, rozumiem. A od samiuteńkiego gimnazjum, wydawało mi się, że w przedmiotach ścisłych kariery nie zrobię, bom tuman. I faktycznie, już w nich kariery nie zrobię, ale jaka radość, że mogę nauczyć się czegoś ciekawego tak tylko sama dla siebie ♥

A teraz należy wspomnieć, że mój tata ukończył TECHNIKUM ROLNICZE. Serio. A te wszystkie książki są jego.

Poziom szkolnictwa spada, niestety. Poza tym, zauważyłam też tendencję wyrównywania tego poziomu w dół. Nawet nasz nauczyciel angielskiego raz na lekcji powiedział, że nie rozumie, dlaczego uczniowie "dwójkowi" siedzą w liceach. Oczywiście, szkoły będą takich przyjmować, bo piniążki się muszą zgadzać, ale pozwolę sobie zacytować, to co nam wtedy na angielskim powiedział: "gdyby oni wszyscy poszli do technikum czy zawodówki, przynajmniej mieliby jakiś fach w ręku. Może okazałoby się, że taki średni tutaj Kuba byłby świetnym cukiernikiem czy mechanikiem? A tak, pójdzie na studia i będzie nadal nijaki. A potem zasili tylko armię przeciętnych bezrobotnych".

I na tym zakończę mój wywód, chociaż kusi mnie, by coś jeszcze dopisać. Może kiedy indziej, bo i tak już nieźle poleciałam :D

4 polubienia

Kto mnie trochę zna, ten kojarzy, że wpakowałam się w ogólnoświatowy eksperyment mający na celu zbadanie wpływu permanentnego niedoboru snu na młodzież, zwany także programem matury międzynarodowej. Pewna myśl związana z tym programem chodzi za mną od dobrych paru dni i truje, żebym ją posłała gdzieś w eter, dlatego niniejszym ślę.

Widzicie, dzieci, matura IB to nie są tylko egzaminy zdawane w maju. Różnie to wygląda na każdym przedmiocie, ale na przykład ocena z polskiego HL (i z każdego innego language A: literature na haelu), ta "maturalna", co ją człowiekowi wpisują na dyplom, to ocena za dwa arkusze z proper majowej sesji egzaminacyjnej ORAZ za ustne z drugiej i czwartej grupy lektur i written assigment z pierwszej (te numerki przy grupach są nieważne, nauczyciele mogą sobie ustalić własną kolejność omawiania – u nas to jest 4, 1, 2, 3, o ile dobrze pamiętam). Pierwszy egzamin, individual oral presentation, mamy w styczniu. Tym, co teraz będzie. Pozdrawiam.

…I ogólnie to to wygląda dosyć strasznie i wszyscy zginiemy, nie przeczę, ale z drugiej strony myślę sobie, że pod wieloma względami lepsze to niż taka zwykła, "pojedyncza" matura, jaką mamy w naszym polskim systemie chociażby. Okej, więcej egzaminów znaczy więcej stresu i roboty, ale zobaczcie – ucznia zdającego polską maturę ocenia się na podstawie tego, jak wypadnie w maju, a mnie – na podstawie mojej prezentacji, mojej wypowiedzi na temat wiersza i dyskusji o "one of the other part 2 works", mojego eseju i – dopiero – dwóch majowych paperów. Wszystko rozłożone na dwa lata. Raz, że dzięki temu jak słabo pójdzie mi jedna rzecz, mogę się trochę odbić na innej, dwa – taka ocena, składowa ocen zbieranych od połowy drugiej klasy do końca trzeciej, wydaje mi się jednak bardziej miarodajna, niż ocena z samych majowych egzaminów. Co myślicie?

I w ogóle chcecie, żebym Wam poopowiadała o wszystkich strasznych i trudnych rzeczach, z którymi będę się jako Internejszynal Bul stjudent musiała zmierzyć? W zasadzie powinnam teraz czytać "Hamleta", którego mam na wtorek, ale wiecie, "Hamlet" nie zając, prawda…