W niefortunnym czasie poruszam ten wątek. Wybaczcie, ale muszę, po prostu muszę zrobić to teraz (chyba wszyscy znamy to uczucie, że mamy coś do powiedzenia/napisania, coś co nas wręcz rozpiera od środka i kiedy to przemilczamy, to wtedy ten temat nie wydaje się taki ważny. No, a ja chcę to teraz napisać, nie mam nic lepszego do roboty, a poza tym forum ostatnio jest chyba na wakacjach, to może je trochę rozruszam. A co.
Otóż, zleciała połowa wakacji. W moim przypadku. I może to śmieszne, może to za wcześnie, ale właśnie sobie uświadomiłam, że znajdę się w klasie maturalnej. Uou. Tyle się słuchało o tych maturach, tyle się czekało... Tymczasem nie będzie już nikogo przede mną, nie będzie żadnych majowych weekendów, bo teraz moja kolej.
No i kiedy to do mnie dotarło, zaczęłam obmyślać plan nauki (który i tak mi nie wyjdzie, bo nigdy nie trzymam się swoich własnych założeń, ale planować lubię). I spanikowałam, kiedy dokładniej przyjrzałam się moim podręcznikom (konkretnie tym z języka polskiego, który na pewno będę zdawać na poziomie rozszerzonym). Otóż, w książkach więcej miejsca zajmują ilustracje, grafiki, ozdobniki niż informacje. Pamiętam, że kiedy mieliśmy się przygotować do wprowadzenia do kolejnych epok, zawsze bazowałam na Internecie i wszystkim innym, co mi w ręce wpadło. Pchnięta strachem, że tak to sobie rady nie dam, postanowiłam rozejrzeć się za dodatkowymi materiałami, no bo kiedy, jak nie teraz. Nie mam i przez najbliższy czas nie będę miała dostępu do księgarni czy bibliotek, tak więc postanowiłam wleźć na strych. Moi starsi kuzyni kiedyś przywieźli mi swoje książki, miałam nadzieję je znaleźć. No i znalazłam. A nawet natrafiłam na coś więcej. Podręczniki moich rodziców. Stare, zakurzone, ale... nadzwyczaj przydatne. I tutaj zacznie się moja tyrada na temat obniżania się poziomu szkolnictwa. Już wcześniej było to tutaj poruszane, ja tylko rozwinę.
Podręcznik do języka polskiego teraz: nie grubsza niż półtora centymetra, rozmiar czcionki na pół strony, już nie mówiąc o kilku epokach upchniętych w jedną książkę. Moja tak właśnie wygląda.
Tymczasem moi rodzice mieli osobny podręcznik do każdej epoki. Sam pozytywizm zajmuje 382 strony. Informacje podstawowe zapisane normalnym drukiem i do tego miliardy informacji dodatkowych, nadprogramowych, wyróżnionych a to kursywą, a to mniejszymi literkami. Co najlepsze - nie są to jakieś nudne, profesorskie opracowania, napisane nie wiadomo jak wyszukanym językiem. Informacje są podane naprawdę przystępnie i całkiem ciekawie. I wiecie, co jeszcze różni stary podręcznik od nowego? Nie ogranicza się tylko do podstawowych lektur. Kilka stron zajmuje opis, co w danej epoce pisało się i czytało na świecie. Jest osobny rozdział poświęcony literaturze niemieckiej, angielskiej, rosyjskiej i... skandynawskiej. I chociaż nie omawia się ich tak szczegółowo, stanowi to jakąś ciekawostkę, dodatek, uzupełnienie wiedzy.
Teraz czas na matematykę, moje wielkie zaskoczenie. Jestem tym typem osoby, która musi mieć wszystko wytłumaczone jak - za przeproszeniem - krowa na granicy, bo inaczej nic nie zrozumie (a i tak robię jakieś głupie błędy w obliczeniach, ale to inna historia). Jeśli nie ma mnie na lekcji, to marne szanse, że sama ogarnę nowy materiał. Bo podręcznik wygląda tak: na górze strony ramka z definicją a pod spodem ćwiczenia. I sam człowieku domyśl się, co zrobić. Oczywiście wierzę, że są tutaj osoby, które nie mają z tym problemów, ale podkreślam: piszę o sobie. No i kiedy dorwałam się do wyświechtanej książki mojego taty, spłynęła na mnie nadzieja, że może nie mam aż tak zakutego łba i potrafię się czegoś nauczyć. Zbiory, funkcje, geometria są objaśnione tak dokładnie i obrazowo, że od razu zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Może jest szansa, że zdam matematykę z przyzwoitym wynikiem, a nie takim tylko "byle zdać" ♥
Już nie mówiąc o tym, że znalazłam oddzielny podręcznik do astronomii, który sobie trochę podczytuję. Wiem, że od tamtego czasu doszło wiele nowych odkryć i sporo się pozmieniało, jednak niektóre informacje pozostaną takie, jakimi są. I tak czytam tę "Astronomię" i, kurde blaszka, rozumiem. A od samiuteńkiego gimnazjum, wydawało mi się, że w przedmiotach ścisłych kariery nie zrobię, bom tuman. I faktycznie, już w nich kariery nie zrobię, ale jaka radość, że mogę nauczyć się czegoś ciekawego tak tylko sama dla siebie ♥
A teraz należy wspomnieć, że mój tata ukończył TECHNIKUM ROLNICZE. Serio. A te wszystkie książki są jego.
Poziom szkolnictwa spada, niestety. Poza tym, zauważyłam też tendencję wyrównywania tego poziomu w dół. Nawet nasz nauczyciel angielskiego raz na lekcji powiedział, że nie rozumie, dlaczego uczniowie "dwójkowi" siedzą w liceach. Oczywiście, szkoły będą takich przyjmować, bo piniążki się muszą zgadzać, ale pozwolę sobie zacytować, to co nam wtedy na angielskim powiedział: "gdyby oni wszyscy poszli do technikum czy zawodówki, przynajmniej mieliby jakiś fach w ręku. Może okazałoby się, że taki średni tutaj Kuba byłby świetnym cukiernikiem czy mechanikiem? A tak, pójdzie na studia i będzie nadal nijaki. A potem zasili tylko armię przeciętnych bezrobotnych".
I na tym zakończę mój wywód, chociaż kusi mnie, by coś jeszcze dopisać. Może kiedy indziej, bo i tak już nieźle poleciałam :D