Powerwolf to taki zespół, że jakby poprzenosić utwory z płyty na płytę, to by nie poznać było, że na albumie coś jest nie tak ;). Ich pięć albumów trzyma równy, solidny poziom. Mimo sporego podobieństwa (a może właśnie dlatego).
Na czym polega ich sukces? Na odświeżeniu formuły power metalu. W obszarze: wyglądu, całej otoczki i tekstów. Nie sposób nie snuć paraleli z Sabatonem, który zrobił podobny zabieg, tyle że w inną stronę.
Od strony muzycznej - obie grupy grają dość standardowy, melodyjny heavy/power metal. O ile Szwedzi dołożyli do tego współczesną otoczkę militarno-wojenną (szczególnie z okresu II wojny) i głos wokalisty bliższy estetyce hard rocka. O tyle Powerwolf, inkorporował następujące elementy z innych podgatunków metalu i nie tylko:
- image na czele z corpse-paintem, charakterystyczny dla black metalu.
- trochę klimatu grozy, wampirycznych opowieści, co jest bardziej domeną klimatyczno-gotyckich nurtów (cały styl zwany vampire metalem). Choć zaserwowane to wszystko jest w humorystycznej formie.
- kluczowy element, czyli dystans do siebie i wszechobecne puszczanie oka (zespoły power metalowe słynną ze śmiertelnej powagi, nawet gdy śpiewają o zabijaniu smoka, przez co często stają się karykaturą). Tutaj zarówno twórca, jak i słuchacz, zdają sobie sprawę z przyjętej konwencji i godzą się na pewną grę.
To podejście, nazwijmy je umownie "groteskowo-parodystyczne", dotyczy nieraz elementów kojarzonych z kościołem (vide mszalne wstawki po łacinie, klawisze o brzmieniu organów kościelnych, teksty i tytuły utworów).
Podejrzewam, że kolejne płyty niewiele wniosą do ich stylu. Zresztą im chyba nie zależy na specjalnym rozwoju. Nie rościli sobie też nigdy pretensji do wychodzenia poza czystą rozrywkę. Chociaż jest to rozrywka na poziomie – alleluja i do przodu :D.